Grudzień już prawie za nami, sylwestrowe plany sprowadzały
się do kupienia wódy i zajścia na wioskową świetlice wcześniej uiszczając
wpisowe.... i i tak huj z tego wyszło. Pewnie będe spał, w najlepszym wypadku
skumam się z kimś typu Wojtek albo Wojtek albo Tomek i będziemy ładować
alkochol w ilościach nadmiernych.
Ostatnie miesiące z jednej strony przyniosły regres związany z moją prezencją,
moim nastawieniem względem płci przeciwnej, właściwie moge odpowiedzieć na
pytanie typu: jak tam kobiety? słowami: Kobiety? Coś tam było kiedyś o nich na
biologi - Przynajmniej pompa będzie, i to do tego w strikte moim stylu. A no i
przytyłem chyba z siedem kilo, obecnie mam jakieś 104 na skali, ludzie którzy
mnie kojarza z przed kilku miesięcy kwitują zmiany krótko "ale się kurwa
spasłeś" - fakt "sie spasłem kurwa".
No ale są i progresywne aspekty mego marnego żywota. Interesy w minionym
sezonie poszły tak "że ja pierdole". Sezon okazał się rekordowym pod
wieloma względami, musze oddać sobie samemu szacunek - dobrze to wszystko
"rozpierdoliłem". Oby tak dalej - jestem w udeżeniu.
Prucz regresów i progresów zdarzyło się też kilka rzeczy toważyszących. Pare
dobrych najebek z Wojtkiem, pijackich powrotów samochodem do domu(rekord to
sophia pół słodka 0,75l + cztery piwa 0,5l + dwa szybkie redbule "by złapać
oddech"), wypad z drugim Wojtkiem do Amsterdamu na weekend w celach
"kulinarnych", kilka schadzek z M.(dwie to też kilka). No ale chyba
najbardziej zapamiętam pewną listopadową chyba albo już grudniową noc… Z ojcem mojej
eks wyjebaliśmy po litrze wódy na głowę, oczywiście musieliśmy obgadać „genezę
destrukcji” i nie obyło się bez moich naturalistycznych opowiadań na temat kilku cielesnych ekscesów z
jego córką. Facet obudził się rano w moim łóżku, ja u rodziców w pokoju na
sofie nago, mieliśmy dobry pocisk z tej całej hiper nie naturalnej, przeczącej
wszelkim zasadą społecznym sytuacji…